Jesteśmy w domu. Wszyscy razem. Bączek urodził się 17 maja, koniec końców cc. Po kilku dniach pobytu na patologii ciąży (która de facto okazała się najsympatyczniejszym z oddziałów, które odwiedziłam), po nieudanej indukcji porodu, po 9 godzinach nierównej walki z naturą, po przekonaniu personelu, że nie działa na mnie znieczulenie - ani zewnątrzoponowe, ani to podane na sali operacyjnej, uśpili mnie i w ciągu kilkunastu minut urodził się On :) od razu po wyjeździe z sali operacyjnej obudzili mnie, po drodze przemknął mi PŻ i jak przez sen pamiętam, że pytam go czy widział małego i czy jest wszystko ok, a on odpowiada "mamy pięknego synka kochanie...". I wtedy już puściły nerwy, emocje - choć ogłupione farmaceutykami, zaszalały i łzy popłynęły wartkim strumieniem. Pierwszy raz płakałam ze szczęścia. To nie była uroniona łezka, to był prawdziwy potok. Ja cały czas się bałam. Podczas porodu, zwłaszcza pod koniec, nie dawała mi spokoju myśl, że zajść w ciążę nie mogłam, a jednak zaszłam - jakby wbrew woli natury. Wierzyłam, że naturalnie urodzę, a tu dupa. Ogarnęła mnie myśl, że nie powinnam się sprzeciwiać naturze, że wszystko ma swój sens i że teraz mnie ukara. Ale na szczęście udało mi się ją jeszcze raz przechytrzyć. Tuż przed podjęciem decyzji o cc przez mojego lekarza zaczęła mnie łapać panika. Skurcze od kilku godzin pojawiały się co 2 minuty, a były tak cholernie bolesne, że nie mogłam oddychać. Bałam się, że uduszę nasze dzieciątko. Zresztą cały poród był masakryczny, choć byłam mega pozytywnie nastawiona, okazało się, że nie mam co liczyc na to, że "jakoś to będzie". Już na porodówce zapowiedziałam, że nasz Bączek niestety będzie jedynakiem (choc wcześniej miałam inne plany), a teraz myślę, że jeśli będę mogła sobie zażyczyc cc to moja decyzja nie jest nieodwołalna ;)
Poród był cięzki, ale późniejszy pobyt w szpitalu jeszcze gorzej wspominam. Na szczęście wyszłam w 3 dobie, bo inaczej zwariowałabym, albo najzwyczajniej w świecie złapała jakąs deprechę. Kiedy okazało się, że jednak jest wypis i że idziemy do domu, spakowałam nas i zebrałam momentalnie, byle nikt nie zmienił zdania. Na to miały wpływ i położne z oddziału położniczego, pediatra i generalnie organizacja tego oddziału. Nigdy chyba nie czułam się tak osamotniona i zaszczuta, oddzielona od świata i od bliskich. I strasznie nie mogłam znieśc tego, że tatuś - przyglądający się swojemu synkowi przez szybę, nie ma najmniejszej możliwości przytulic go, dotknąć czy choćby poczuć jego rozkosznego zapachu. To było dla mnie najgorsze. A tatuś pędził do nas za każdym razem jak na skrzydłach, oczy mu się szkliły, kiedy pstrykał kolejne fotki, kiedy mówił jak bardzo nas kocha, jak czeka, aż będziemy już wszyscy razem w domku.
O pobycie w szpitalu i tym jak tam było chciałabym napisac oddzielny post. Na dzień dzisiejszy cieszę się ogromnie, że jesteśmy w domu, że powoli uczymy się siebie, że uczymy się nowej rzeczywistości. Widzę, jaka orka jest przy takim maluchu i zastanawiam się jak sobie radzą kobiety samotne? Albo z bliźniętami? może przy kolejnych dzieciach jest już troszkę inaczej, może łatwiej ale momentami mam wrażenie, że gdybym miała starsze dziecko w domu to chyba nie miałabym czasu go nawet przytulic....
Jutro mamy pierwszą wizytę u pediatry :) teraz wiele rzeczy jest pierwszych: pierwsza kąpiel (z której nawet fotki nie ma bo rodzice byli zbyt zaaferowani :)), pierwszy spacer, pierwsza wizyta położnej itp. A jutro pierwszy raz pójdziemy do doktora, będziemy się ważyc, mierzyc i rozmawiac o szczepieniach :) i o ulewaniu bo niestety nasz Bączek ulewa i to niezależnie w jakiej pozycji jest karmiony... trochę mnie to martwi, choc zaprzyjaźnione mamy zapewniają, że to nic strasznego. Do spania ma taką poduszkę-klin żeby było wyżej, przez moment za radą położnej podłożyliśmy mu poduchę pod materacyk żeby był pod kątem ale to spowodowało jedynie, że maluch cały się zsuwał z materacyka, nieraz zakopał się w rożku więc zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
PS. ja już wróciłam do swojej wagi :) Fakt, że brzuszek jeszcze trochę inaczej wygląda, ale jestem na dobrej drodze :) bardziej się martwię, że przy obecnej diecie i małym mlecznym drapieżniku, niedługo będę wyglądac jak własny cień ;)

już gratulowałam na FB, ale jeszcze raz: GRATULACJE! u mnie poród z Zu podobnie wyglądał... dlatego za drugim razem grzecznie poprosiłam o cc :-)
OdpowiedzUsuńps. czy wiesz, że 17 maja rodzą się wspaniali ludzie! :-D :-D :-D
Dzięki Olu! A odnośnie 17 maja... - no wiadomo :)) pozdrówki!
Usuń