niedziela, 5 maja 2013

Nie samym miodem życie płynie...

Miało byc super. 9 (słownie: dziewięc) dni wolnego, wywalczyłam, roboty full się posypało na ostatnią chwilę ale urlopu nie dałam sobie wydrzec. I kiedy już miałam pławic się w błogim lenistwie, odpoczywac, cieszyc bliskością PŻ... znowu wszystko się poje.ało!!!! Jedno się prostuje, drugie się pieprzy, ale teraz to na jakieś wyżyny mnie wyniosło. Ale po kolei... zrobiliśmy badanie nasienia. I co? Dupa, z takim nasieniem to nie mamy szans na ciążę. Rano zrobiliśmy badanie, popołudniu odebrałam wynik (już sama, bo PŻ pracował popołudniu), patrzę i widzę, że coś jest nie halo. Zaraz pobiegłam do swojej ginki, wyjaśniłam że nie jestem zapisana ale musi, po prostu musi na to zerknąc. No cóz, zerknęła i zapisała nr tel do androloga. Na pocieszenie powiedziała, że to "da się naprawic". Jadąc do domu poryczałam się jak dziecko... no bo kur#@ miałam problem, nie było owulki, pokonałam go i już powinno byc ok, no ale przecież nie może byc za łatwo. Więc pojawił się nowy problem. Dobrze, że byłam sama w domu, bo jakby PŻ zobaczył jak beczę to dopiero by mu się poczucie wartości posypało. Najgorsze emocje wyryczałam, włączyłam kompa i dawaj szukac informacji o poleconym lekarzu. Przestawiłam się z trybu "bezsilnośc" na "działanie" i jakoś się zebrałam do kupy. Zapisałam PŻ do lekarza, byliśmy już na pierwszej wizycie, dał na początek receptę i jakieś suplementy i po pierwszej kuracji będziemy sprawdzac czy widac jakikolwiek efekt. Przy okazji udało nam się zapisac do kliniki niepłodności, oboje do jednego lekarza który jest a) ginekologiem-endokrynologiem, b) andrologiem. Myślę, że to będzie najlepsza opcja. Mając nas oboje pod swoimi skrzydłami łatwiej mu będzie zaplanowac działanie i monitorowac efekty. I przyznac muszę, że w pokładam w nim całkiem spore nadzieje :)
Z tym się już oswoiłam.
Ale to nie wszystko... mój tato trafił w zeszłą niedzielę trafił do szpitala. W ciężkim stanie. Podejrzenie sepsy, poza tym tętniak i paskudna pofajeczna rozedma. Czy to cholerne życie naprawdę musi tak mocno kopac swoich wybranych?
To ja zawiozłam ojca do szpitala. Od śmierci mamy nie mam z nim zbyt bliskiego kontaktu, zupełnie jakbyśmy nie potrafili byc rodziną. Żalił się ostatnio trochę na ból kolana, chodził do lekarza, dostał zastrzyk no i się zaczęło....gorączka, złe samopoczucie, sennośc, brak apetytu, osłabienie, utrudniony kontakt. Od dwóch tygodni nie wstawał z łózka. Pojechałam raz - wyglądał marnie, pojechałam drugi raz i doszłam do wniosku, że nie ma na co już czekac. Nie chciałam szarpac się z dyspozytornią pogotowia, więc przy pomocy sąsiadki sprowadziłyśmy tatę powoli do auta i zawiozłam go do szpitala. A tam norma - badania, czekanie, badania, czekanie, czekanie, czekanie. Wyniki badań pokazały strasznie wysoki stan zapalny, nie wiadomo skąd. Masakra. Nie było ze mną PŻ, czekał w domu. Wróciłam przed północą, kiedy tatę przewiezli do innego szpitala i przyjęli na oddział. Lekarze niczego nie obiecywali, powiedzieli jak sytuacja wygląda, że stan jest bardzo poważny i że nie mamy pewności, że tata z tego wyjdzie. W drodze do domu nie wytrzymałam tej nerwówki, tego cholernego strachu. Wyłam jak bóbr, łzy zalewały mi twarz, coraz trudniej było prowadzic a w domu już w ogóle się rozkleiłam. PŻ utulił, zrobił mi herbatę i słuchał wszystkiego co się działo. W szpitalu i w mojej głowie. Wysłuchał moich wyrzutów sumienia, całej spowiedzi jaką mam na temat relacji z ojcem. Potem poprosiłam go żebyśmy jeszcze pojechali na cmentarz, do mamy. Pojechaliśmy razem, zapaliliśmy znicze, które rozświetliły nam nieco noc i tam, już spokojniej, prosiłam w myślach mamę by nam pomogła. Kilka lat temu to mama wyrywała ojca ze szponów śmierci. Jej się udało. Teraz potrzebowałam jej wsparcia. Tak bardzo się bałam. O to, że go stracę. O to, że nigdy nie wybaczę sobie, że tak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Prosiłam o jeszcze jedną szanse dla taty. Zawsze miał więcej szczęścia niż rozumu więc błagałam w myślach, by i tym razem mu się udało.
Lekarze włączyli intensywne leczenie, jeszcze tej samej nocy dostał jakieś kroplówki, następnego dnia było ich już 15. Kiedy pojechałam do szpitala wyglądał trochę lepiej. Jeszcze bałam się w to uwierzyc, ale naprawdę gdzieś w głębi widziałam, że jest maleńka poprawa. Następnego dnia znów było jakby odrobinkę lepiej. Tata łapał kontakt ze światem, zaczął też trochę rozmawiac. Wieczorem chciałam znów pojechac do mamy, w takich momentach to bardzo mnie uspokaja, dodaje sił. Ale nie dojechaliśmy no bo przeciez auto się spsuło! Brzęczało mi coś w kole, słyszałam, umówiłam się nawet z moim mechanikiem ale nie mogłam pojechac bo akurat wypadł ten szpital. No więc skoro nie pojechałam to rzęch pieprzony poczuł się zobowiązany dotkliwiej o sobie przypomniec. FUCK!

2 komentarze:

  1. Trzymam kciuki za Twojego tatę! Mam nadzieję, że będzie dobrze!
    Czasem tak jest, że wszystkie wielkie i małe nieszczęścia spadają na nas w jednym czasie....
    Co do wyników PŻa. Nic się nie martw! To naprawdę nie jest źle. U nas jest dużo dużo gorzej a staram się nie tracić nadziei. Podleczycie go trochę witaminkami (może trochę ruchu i lepszego odżywiania) i będzie dobrze, zobaczysz!
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Jula, obyś miała rację! mam nadzieję, że obie będziemy cieszyc się macierzyństwem, bo obie pragniemy tego jak wariatki :)
      A z tatą trochę lepiej, tyci, tyci... napiszę niebawem posta, narazie padam na twarz. Jednak okazało się, że podczas zastrzyku go zarazili...gronkowcem, dośc poważnie bo wyhodował się w krwiobiegu :(

      Usuń