..........Tak jak przypuszczałam... byłam i nie wiem nic. Zero. Mętlik. W sumie spędziłam z nim dwa popołudnia. Jak było? Noo super ;) pierwsze popołudnie, pierwsze spotkanie po długim czasie. Serducho waliło jak szalone. No i pierwszy raz widziałam jego mieszkanie. To, które miało być naszym. Klucze dla mnie wiszą na haczyku w takiej małej graciarni i czekają. Jeszcze umawiając się z nim dostałam smsa: weź psa i gacie i zostań. Tjaaa.... jasne, od razu desperackie myśli do głowy wpadły, by rzucic wszystko i zostac. Stop. Nie tak się rozwiązuje problemy. No więc było naprawdę fajnie. Strasznie za nim tęskniłam... ale, ale... dalej nie wiem co robic............
Już wiem :) Mój Pan od wielkich emocji (ps. Ola, genialne określenie! ;)) rozmył się w powietrzu. To uczucie było piękne i będę je pewnie całe życie wspominac, ale skończyło się. DEFINITYWNIE. Myślę, że on również jest tego świadomy. Nie potrafilibyśmy byc ze sobą, życ, mieszkac, mierzyc sie z trudnościami. Jesteśmy inni. I jedna rzecz bardzo ważna - nie miał pojęcia jak ze mną postępowac. Myślał chyba, że jest w stanie mnie do czegoś zmusic. Mówiłam, prosiłam, klarowałam - tak ze mną nic nie ugrasz. Musisz powoli, małymi kroczkami, pozwalajac mi się oswoic. Bo ja nie umiem oddac kontroli nad swoim życiem czy swoją osobą komuś innemu. Ale on wolał szybko, teraz, natychmiast, bierz się w garśc dziewczyno! dodając jeszcze coś, że długo czekac nie będzie. A ja wtedy robiłam się na niego jak kot na wodę. Wsteczny i spadam! I tak myślałam sobie w samotności jakie my mielibysmy szanse na przetrwanie??? Myślę, że małe. Tyci, tyci. Kiedy nastąpił przełom? Miałam mu napisac maila, zbierałam sie do niego i zebrac nie mogłam. A on znowu naglił. I wtedy sobie uświadomiłam, że mi wcale nie cięzko się zabrac za pisanie tylko nie piszę, bo nie chcę znów jego przedramatyzowanych słów w odpowiedzi. Bo on ma tendencje do rozmuchiwania takich rzeczy, tak by rósł do rangi romantycznego kochanka. Niespełnionego, cierpiącego, skrzywdzonego przez los i cały świat. Nie chciało mi sie po raz kolejny tego znosic. Napisałam mu tylko sms, żeby nie czekał na maila i że mnie już nie ma. Że w moim odczuciu nie dojrzeliśmy do tego związku, że takim szarpaniem wyłożylibyśmy się na pierwszych lepszych schodach. No więc dostałam odpowiedz jaka to jestem zła i niedojrzała i że to ja nie dorosłam, bo on walczył. Walczył owszem, chyba o to żeby miec mnie w domu jako czekającą i pomagającą ciągnąc mu wózek pt. "codziennośc" i życ sobie między dwoma domami. Zbyt mocno czuję, że on nie był w stanie odciąc sie od żony. Nie mieszkał z nią ale stale chciał uczestniczyc w jej życiu. I wtedy tylko od niej zależałoby czy ułoży sobie życie na nowo i go pogoni, czy zechce dac mi pstryczka w nos i go sobie owinie wokół palca. A w jego mnieniamiu przeciez powinnam wszystko rozumiec. Jasne! Łącznie z tym, że w ramach wynagrodzenia strat i cierpień, które przeszła, miał zamiar finansowac jej życie. Nie mówię o alimentach, tu jest sprawa jasna. I nigdy nie pozwoliłabym by żydził na dzieciaki - oczywiscie w ramach realnych możliwości naszego budżetu. Ale nie... on chciał żonie płacic raty za mieszkanie, które wspólnie kupili (rozliczyli się, zostawił swój wkład własny, spłacił ją więc mieszkanie juz nie jest jego), płacic 1500 zł alimentów + opłaty niania + przedszkole. Helloł! to ja się pytam - żona będzie pracowac tylko na waciki?! Wiem, że kasy nigdy za wiele i że jakoś lekko by jej nie było ale do jasnej cholery, przy takim układzie zostałyby mu grosze na życie. A biorąc pod uwagę, że a) jeździ samochodem, b) nowe mieszkanie również kupił na kredyt, po uregulowaniu wszystkich opłat to na mnie spadłby cięzar utrzymania nas. Sorry, nie jestem materialistką, ale ja sie na to nie piszę. Szczerze mówiąc, poczułam jakbym mu była potrzebna tylko do spłaty nowego kredytu.
No i ostatnia rzecz, choc wcale nie mniej ważna - przez te kilka dni kiedy się spotykaliśmy, bardzo mocno odczułam jego terytorializm. W jego mieszkaniu oczywiście, że mówił że mam czuc się jak u siebie, że bardzo by chciał żeby mi tu było dobrze i że w momencie kiedy zamieszkam będzie to naszym mieszkaniem ale...było wiele utarczek pt. pytam go - a te drzwi w kuchni zamykasz? moze lepiej je wyjąc, zrobiłoby się więcej miejsca... padała odpowiedź - taką miałem fantazję. hmm... kolejne... koszmarnie wymalowane pomieszczenia... on, który wydawał mi sie perfekcjonistą, pomalował ściany... zmiotką bo nie miał pędzla, w dodatku robiąc nią strukturalne bohomazy. W dodatku różnokolorowe. Ekhmm... niby mało ważne, ale jeśli mam się tak dobrze czuc to chciałabym żeby było w miarę estetycznie. No i co? pytam - i to tak zostanie? a on - a co, już Ci się nie podoba? No to sorry, chyba jakoś specjalnie mu nie zależy bym dobrze się czuła w "naszym" domu. Od razu zaświeciła mi się czerwona lampka ! ! ! kiedyś, kiedy rozmawiałam z nim na temat by to on wprowadził się do mnie, zdecydowanie sie nie zgadzał bo rzekomo czułby się jak gośc. Mimo, że mówiłam że wszystkie graty mozemy wywalic, przemeblowac, poprzemieszczac też w szafkach zupełnie po nowemu to twierdził, że wtedy czułabym się pewnie bo to moje mieszkanie. Więc teraz wszystko mi się wyjaśniło! Po prostu ocenił mnie po swojemu i bał się, że będę zachowywac się tak jak on teraz.
Z Bumerangiem to tyle. Będę czasem wracac do wspomnień, jakis fajowych, romantycznych momentów i będę również o nich pisac. Ale to tylko wspomnienia. Przez te dwa lata szarpania po prostu zniszczyliśmy uczucie. Widocznie żadno z nas nie potrafiło odejsc, gdy w serduchu jeszcze się coś tliło. Niby smutne ale ja znowu, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, poczułam się WOLNA! Jakby mi ktoś zdjął z pleców mega ciężar... I nie mam już zamiaru oglądac się wstecz, bardzo dużo zrozumiałam i chcę tylko cieszyc sie bliskością PŻ. Coraz mocniej czuję, że to On, mój wyśniony, wymarzony on...
Niedługo będziemy robic badania --> tym razem pod lupę idzie również PŻ ze swoją armią :) dostałam też namiar na ponoc dobrego lekarza gin-endokrynologa i może w końcu nasza rodzinka się powiększy. Bo u obecnej Pani dr, tej która wywoływała u mnie farmakologicznie owulkę, nastąpił chwilowy regres, kazała odstawic leki na 3 miesiace i "zobaczymy co się będzie dalej działo". Ale ja już nie chcę czekac. Szkoda mi każdego kolejnego miesiąca, każdego cyklu a co dopiero mówic o 3 miesiącach bezczynności. A że mam niedoczynnośc tarczycy i inne zdrowotne historie, lekarz zakładowy u którego byłam stwierdził, że to zbyt złożony problem bym się leczyła po prostu u ginka. No więc postanowiłam mu zaufac i w przyszłym miesiącu zapiszę się do nowego doktora. Nowy lekarz, nowe nadzieje :) Również w tym temacie wiele się u mnie działo, chyba zakonczyła się moja przyjaźń z koleżanką od trójki dzieci, o której gdzies pisałam. Los okrutnie zakpił z każdej z nas, z nas razem i z każdej z osobna. Może kiedys to tu opiszę. Póki co mamy słaby, smsowy kontakt, tęsknię za nią ale z drugiej strony chyba rozumiem, że nie potrafi odnaleźc się w tej sytuacji.

Zycze Ci dużo szczęścia i spełnienia marzeń
OdpowiedzUsuńDzięki Monika. Twoje życzenia przydadzą się teraz jak nigdy przedtem... pozdrawiam cieplutko
OdpowiedzUsuń