środa, 10 lipca 2013

się pier.oli

Chyba zaczynam łapać doła... ostatnio jakaś nieszczęśliwa jestem, marudna, nic mi nie sprawia radości :( z jednej strony mam ku temu powody, z drugiej wiem, że nie mogę się łamać, że muszę mieć siłę by zawalczyć. A jak będę się mazać to nic nie zdziałam.
PŻ robił usg... i wyszły mu żylaki II/III stopnia i coś tam jeszcze. Do lekarza idziemy dopiero 17 więc dopiero wtedy dowiemy się czegoś więcej. Z jednej strony jest mi go strasznie szkoda, zastanawiam się co musi czuć facet w takiej sytuacji, z drugiej strony mam cichą nadzieję, że on wcale nie czuje tego tak, jak mi się wydaje ;) czytałam, że leczy się je operacyjnie i po pierwsze - nie wiem jak to organizacyjnie zrobić, bo przecież leczymy się prywatnie, a operację - ze względów finansowych i bezpieczeństwa - lepiej byłoby wykonać w zwykłym, państwowym szpitalu na skierowanie. Tylko jak to ogarnąć i ile się czeka? poza tym czytałam trochę na forach i wiem, że operacje żylaków nie dają wcale pewności, że będzie poprawa. Różnych historii się naczytałam i wcale mądrzejsza przez tą wiedzę nie jestem.
U taty stagnacja. Jest w domu, wyniki histopatologiczne wyszły do dupy, bo jak inaczej można ocenić wynik, w którym napisano - wycinki budzą niepokój onkologiczny, ale nie upoważniają do postawienia jednoznacznej diagnozy; wskazane ponowne wykonanie biopsji! WTF??? Kurwa mać, przecież biopsja kości to jest normalna operacja, otwieranie tej kości i pobranie wycinków, pod narkozą. To nie tak jak z np. cycka, że się idzie i igłą wykonują zabieg pobrani tkanki. Wiem, że jest bolesny ale nie ma porównania jeśli chodzi o obciążenie dla organizmu. Lekarz operujący powiedział, że z tej kości za bardzo nie da się wyskrobać czegoś innego, a poza tym ze względu na wiek i stan zdrowia on biopsji nie zleci, nie wie jaka jest diagnoza i odesłał mnie do onkologa albo hematologa... no zajebiście, ciekawe w jakim terminie uda mi się do któregoś wcisnąć.
I tak sobie żyję, jedno niby się prostuje, inne się pier.oli, widzę że powoli z pełnej życia dziewczyny robię się zatroskaną marudą. W domu oczywiście. Bo na zewnątrz nikt nie widzi, że jest mi trudno, że nie ogarniam. Za to kiedy wracam do domu to jakby mi się dzień kończył, zero chęci na cokolwiek, zero werwy do życia, a wiedząc ze ten marazm powoduje, że tracę czas, że dni przeciekają przez palce... jest jeszcze gorzej. Muszę chyba się rozkleić, wybeczeć, wykrzyczeć, nie wiem, cokolwiek co pomoże, by znów zacząć normalnie funkcjonować.
Na pocieszenie dodam tylko, że moje wyniki badań były chyba bardzo ładne :) tak przynajmniej wynikało z wartości referencyjnych, bo owulki jednak nie ma. Ale przynajmniej o siebie się teraz nie martwię :)

2 komentarze:

  1. Matko, aż mnie zatkało... wiesz, że prawie mogłabym się podpisać pod Twoim postem?! Co prawda u mnie to brat jest chory, ale martwię się dokładnie tym samym co Ty...
    I też, w pracy zakładam maskę, śmieję się z chłopakami, a wracam do domu i wpadam w letarg... nic mi się nie chce... dzień mija za dniem...
    Tygrys też miał żpn. Muszę do Ciebie maila napisać, jak znajdę chwilę.
    Ściskam, będzie dobrze! :-***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juli dziękuję! mimo wszystko jakoś lżej na serduchu, jak wiem że jest ktoś kto rozumie, niemal bez słów... amh, żpn... ile ja bym dała żeby to była abstrakcja... Pisz jak tylko będziesz miała ochotę, ja też się odezwę, pewnie w przyszłym tygodniu. Buziaki!

      Usuń